sobota, 7 lipca 2018

Torebka dla Majeczki


Miała być różowa i pomieścić koniki SCHLEICH.


Chyba udało mi się sprostać zadaniu...







Listonoszka na koniki




Taki urodzinowy prezent dla ośmiolatki :)

sobota, 30 czerwca 2018

uszy Shreka - reaktywacja

Zaryzykuję stwierdzenie, że kwiatki przestaje się mordować, gdy nabywa się je z zauroczenia, bo wtedy się szuka, się czyta i się wie, że... np. uszy Shreka nie są ani przelane, ani przesuszone, tylko nie lubią pełnego słońca, szczególnie wzmocnionego przez szybę! 

Przestawiłam więc na drugą stronę mieszkania i odżył!

Przed:


Reaktywacja:




Widać różnicę?




sobota, 16 czerwca 2018

jeszcze w zielone gramy

Jestem z tych osób co maltretowały kwiaty. Potem postanowiłam, że będę pielęgnować tylko te, które są w tym najmniej wymagające. Kaktusy, a potem sukulenty, które zresztą lubiłam najbardziej ze wszystkich kwiatów. Zaczęłam szukać informacji i o dziwo kaktusy przestały flaczeć i wysychać. Gorzej z sukulentami... ale o tym za chwilę.


Opuncia macha do mnie coraz dłuższymi łapkami :) Ta dolna część powinna powoli drzewieć. 


A co zimowa przywozi jako pamiątkę znad morza, oprócz glinianych doniczek? Uszy shreka :) 


Jak widać kwiat się marszczy co oznacza, że albo jest przesuszony, albo przelany. Na początku myślałam, że przelałam, ale w końcu wetknęłam brzydko mówiąc palec głęboko w ziemię i okazało się, że pod wierzchnią przesuszoną warstwą jest wilgotne podłoże. Wszystkie kaktusy mają na dnie karamzyt - to takie ,,pumeksowe" kamyczki, które przepuszczają nadmiar wody, ale też utrzymują wilgoć. 
Także czekam.


Uszy shreka to sukulent, tak jak echeveria. Nie ma jej zdjęć, bo już dwie padły, a odnóżka z pierwszej ledwo się trzyma. :( Całkiem możliwe, że ją przelewam...

Drzewko szczęścia chyba wszyscy znają albo z rodzinnych domów, albo ze szkolnych parapetów. Jedno już kiedyś zmarnowałam...


Teraz mam ambicję wyhodować drzewo szczęścia. Zobaczymy. Będę przycinać jesienią. 

A ta truskawka poniżej to mutant, albinos, ale nie pasożyt. Ma mnóstwo bocznych pędów, które mogę przeszczepić na inny kaktus. Mutanty nie rosną samodzielnie, bo nie mają chlorofilu. (Mądra jestem, bo obok leży mądra książka ;) )


Kolejny nie ma w sobie nic nowego, ale też kaktus ;) To pamiątka z palmiarni w Poznaniu przywieziona rok temu przez Ignasia. 


Te dwa dostałam od Kamili:


Rosną już drugi rok. Prawie na skale. Kaktusy nie lubią podmokłych terenów.

Kolejnymi łatwymi w uprawie kwiatami są sansevierie, które mam w trzech odmianach.




Ta z żółtymi brzegami to sansevieria gwinejska. Przy roślinie matce, zakupionej w popularnym markecie rośnie już czwarta odnóżka, również z żółtymi obrzeżami. 

(to fotka z majowego rozsadzania)

W wyczytałam jednak, że można sansevierię rozsadzać też z liści. Tylko, że wtedy odnóżki nie będą już żółte. Gdy moja sansevieria-matka zaczęła marszczyć stare liście, postanowiłam sprawdzić ten sposób rozsadzania. Stare liście odcięłam, pocięłam na krótsze kawałki, obsuszyłam i wsadziłam do ziemi. I czekam. 


I gdy myślałam, że na kaktusach i sukulentach skończę okazało się, że łatwy w uprawie jest również skrzydłokwiat. Łatwy, bo gdy chce wody to woła. Serio! Opuszcza listki, co oznacza ,,hej! zapomniałaś o mnie!". Podlewam, listki się podnoszą i rośnie dalej. Rośnie jeśli nie ma się kota... Ledwo go odratowałam... i kwiatka, i kota, bo skrzydłokwiat wprawdzie sprzyja człowiekowi oczyszczając powietrze w pomieszczeniu, w którym stoi, ale jest trujący dla kotów. 


Podwieszenie go okazało się jedynym ratunkiem przed kotem. Kwietnik znalazłam w piwnicy, należał zapewne do którychś z poprzednich właścicieli. Chyba kwiatu dobrze, bo zakwitł :)


W tej samej doniczce wsadziłam też malutką sadzonkę trzykrotki.


Trzykrotkę dostałam w dużej ilości od pani Oli i raczej miałam w planach ją w całości porozdawać dalej, żeby kota nie miała używania, ale dowiedziałam się, że ona również oczyszcza powietrze, więc postanowiłam dać szansę i jej, i kotu. Szukam kolejnego wiszącego kwietnika.

I na koniec balkon. Pelargonia, która już przekwitła, którą podcięłam i myślalam, że to tyle w temacie kwitnięcia... A tu proszszsz...


Nawożę ją pałeczkami dla kwiatów kwitnących. W sezonie jesienno-zimowym stoi na parapecie w kuchni.


Generalnie nie planowałam roślinności na balkonie, bo kto tego będzie pilnował?! 
No i co? No i pilnuję. Sama w to nie wierzę, ale pilnuję. Wprawdzie dużo tego nie mam, ale roślinki żyją. ;)

Malutki cis z supermarketu, również nadżarty przez kotę. Może przetrwa, bo odkąd kotu kupiłam kocią trawę nie znajduję na podłodze nadżartych kawałków. 


Nawożę go nawozem dla iglaków. Sama nie wierzę, w to co piszę :D ;)

I pomidorki koktajlowe. Dostałam je od koleżanki i szczerze powiedziawszy myślałam, że padną po dwóch dniach, a one... rosną! 


Ale nie wierzę, że doczekamy owoców ;)

Zazieleniam się. Powoli. I wszystkim to polecam.
:)

środa, 13 czerwca 2018

ściereczki kuchenne - odc. 2

Nasze ściereczki wędrują, od lipca planują również pobyt nad Jeziorem Wigry ;)


 




Ostatnio nawet jednej nie zdążyłam uprasować i poleciała w świat! ;)


Nasze ściereczki mają rogi wykończone jak obrusy, czyli nietypowo jak na ścierki, ale tak to sobie wymyśliłam i nie chciałam iść na kompromis. Pierwsze próby obszywania tym sposobem wyszły marnie. Nie pomógł internet, więc postawiłam na czynnik ludzki, to zawsze działa. Nie pomyliłam się - mamy w rodzinie zawodową krawcową, do której pojechałam z czekoladą ;) i poprosiłam o wykład. Do domu wróciłam z rysunkami pomocniczymi, siadłam do maszyny i... udało się! :) <3 
Dumna z siebie jestem :) 


Nasza ściereczka długo wisiała i tylko wyglądała :) przemogłam się w końcu i zaczęłam jej używać. Wszak po to jest! :)


Na zdjęciu w towarzystwie pamiątki z Gdańska <3

Częstujcie się :)
Smacznego! ;)

piątek, 1 czerwca 2018

Ryby z Jeziora Wigry - ściereczki kuchenne


Gdy myślałam o pierwszym wpisie o moim i męża wspólnym projekcie, układałam w głowie zdania, że opiszę wszystko od początku, jak to się rodziło... a teraz, gdy na dysku czekają przygotowane do załadowania zdjęcia, jakieś to wszystko nieistotne! :) Bo jest! Jeszcze nieidealne, ale wiem, że będzie coraz lepiej. W ogóle nie powinnam pisać słowa ,,nieidealne", ale szczera jestem, co począć. Jest, i chcę Wam pokazać. :)


Co przywozicie z wyjazdów jako pamiątkę? Moje dzieci zabawki made in china. :) A ja zawsze szukam czegoś użytecznego, dobrze zaprojektowanego i z pamiątkowym logo, napisem, obrazkiem, który nie pozostawia wątpliwości skąd wróciłam. Na przykład kubeczek - choć nie mieszczą się w szafce. Jednak najczęściej przywozimy magnesy i tym zarażam moje dzieci. Bo małe, tanie i nie kurzą się na półce, a otwierając lodówkę wspominam nasze wojaże. ;)

Ale marzyły mi się kuchenne ściereczki. Pamiętam takie z dzieciństwa u Babci. Z planami miast, kontynentów, wysp... Takich też szukałam na wyjazdach, niebanalnych, albo banalnych... I nawet znalazłam i przywiozłam z wyjazdu do Gdańska :) gdy już nasz projekt był w przysłowiowym ogródku. No właśnie... projekt, materiał, cięcie, nadruk, obszywanie... i teraz promocja. Ha!


Materiał: bawełna
Wymiar: ok 44 cm x 44 cm
Nadruk (pozwalający na pranie i prasowanie), to ryby z Jeziora Wigry.
Na lewej stronie, w rogu wszyta tasiemka do powieszenia.

Uff... muszę odetchnąć... :) Miałam nie pisać, a proszę ileż już nasmarowałam. ;)






Ściereczki może nie pomieszczą stu pierogów, ale przykryją miskę z ciastem do wyrośnięcia :)



Puszczamy je więc w świat. :) 
Płyńcie z prądem i pod prąd ;)

Patrycja i Janek